Michał Żyliński – Wózek to nowe nogi!

Mężczyzna na handbike w stroju kolarskim się uśmiecha. W tle widać rzekę.
Źródło: Zero Załamki – Michał Żyliński Para-Cycling

Michał Żyliński jest założycielem klubu sportowego dla osób z niepełnosprawnościami „Zero załamki”. Klub powstał na kanwie jego pasji, ponieważ on sam jest parakolarzem jeżdżącym na handbike’u oraz medalistą Mistrzostw Polski. Od ponad 5 lat zawodowo zajmuje się doradztwem oraz szkoleniami z zakresu zatrudnienia osób z niepełnosprawnościami. Bierze udział w projekcie „Dostępna szkoła”, który powstał, aby pomóc szkołom w likwidacji barier z zakresu dostępności. Poznajcie historię wypadku i tego jak zmienił on życie Michała, by teraz on mógł zmieniać życie innych.

Mężczyzna na wózku aktywnym pokazuje znak OK.
Źródło: Zero Załamki – Michał Żyliński Para-Cycling

Konrad Słowik: Opowiedz mi, jak doszło do Twojego wypadku?

Michał Żyliński: Mieszkałem od 5 lat w Dubaju, gdzie pracowałem i byłem zawsze osobą aktywną sportowo, moją pasją była siatkówka plażowa, ale hobbistycznie jeździliśmy też ze znajomymi na snowboardzie. W 2016 roku wybraliśmy się do szwajcarskiej mekki snowboardowej – Laax. Był Dzień Kobiet, byliśmy umówieni z naszymi partnerkami na kolację i już mieliśmy niedługo schodzić ze stoku. Mój znajomy stwierdził, że idzie na herbatę a ja uznałem, że zrobię jeszcze jeden dodatkowy zjazd. Przejechałem cały snowpark, oglądając tylko przeszkody, na samym końcu znajdowało się tzw. wall ride , które rok wcześniej wielokrotnie pokonywałem pod okiem instruktora we Francji. Zatrzymałem się przed nią, stwierdziłem że spokojnie sobie na nią najadę. Tego dnia warunki były kiepskie, padał śnieg i było mgliście, a zlodowaciały stok spowodował, że nabrałem zbyt dużej prędkości. Zamiast przejechać przez przeszkodę, niestety wybiło mnie w górę, straciłem kontrolę nad deską, obróciło mnie tyłem do stoku. Mimo to, że miałem żółwia ochronnego, uderzyłem tam, gdzie on akurat się kończył, w wyniku czego zmiażdżyłem rdzeń kręgowy i straciłem czucie od połowy klatki piersiowej w dół.

KS: Jak długo trwała rekonwalescencja?

MŻ: Miałem operację i pobyt na intensywnej terapii w Szwajcarii, to trwało 2,5 tygodnia. Na dalszą rehabilitacje zostałem przetransportowany czarterem do Polski. W kraju miałem dalszą, właściwą część rehabilitacji. W szpitalu w sumie byłem 9 miesięcy, bo wypadek był w Dzień Kobiet 8 marca, a ja wyszedłem ze szpitala tuż przed świętami, w połowie grudnia.

KS: A jak wyglądał proces rehabilitacji?

MŻ: Była to dosyć długa i żmudna rehabilitacja ze wzlotami i upadkami.Oczywiście była to trudna sytuacja, nie było mi do śmiechu i nie czułem się pozytywnie, natomiast starałem się jak najszybciej zabrać do roboty. Miałem jasną wizję że to nie jest koniec świata, okej, będę teraz na wózku, ale na wózku też można się poruszać i funkcjonować. Chciałem jak najszybciej wrócić do aktywności i pełnej samodzielności. Nie przyjmowałem do wiadomości, że mogę być od kogoś uzależniony, że miałbym mieć perspektywę niespełniana swoich marzeń i nierealizowania samego siebie. Moim celem było jak najszybsze dojście do niezależności. W czasie rehabilitacji byłem zawsze otwarty, szukałem i próbowałem różnych rzeczy, które nie były w programie, np. zejście z wózka na podłogę i z powrotem. Kiedy dowiedziałem się o Fundacji FAR (Fundacja Aktywnej Rehabilitacji), chciałem pojechać jak najszybciej na ich obóz, żeby nauczyć się nowych umiejętności, poznać ludzi na wózkach i dowiedzieć się więcej. Pomimo, że nie wszystko od początku mi wychodziło i brakowało mi cierpliwości, to byłem nastawiony na pracę.
KS: Nie wszystko Ci wychodziło? To co mówisz brzmi raczej jak rehabilitacja pełna wzlotów, bez upadków!

MŻ: Czułem bezsilność, codziennie chodziłem na rehabilitację a wieczorem pojawiała się gorączka, pół nieprzespanej nocy. Rano budziłem się wymięty jak dętka, ale zaczynałem od nowa! Lekarze nie wiedzieli skąd się to bierze, zaciskałem zęby, szukałem drogi do szczęścia, bo innego wyjścia nie widziałem, po prostu działałem!

KS: Powiedz mi coś więcej o Twoim klubie sportowym. Początek hasła „Zero załamki” jest związany właśnie z Twoim wypadkiem.

MŻ: Sama idea “Zero załamki” powstała po wypadku, nazwę wymyślili moi znajomi, którzy wiedzieli, że nie mam zamiaru się poddawać. Na początku pod tym hasłem powstała inicjatywa o charakterze charytatywnym, która miała na celu pomóc mi po prostu w poradzeniu sobie z sytuacją, która zmieniła życie o 180 stopni, pojawiło się mnóstwo wyzwań, również tych finansowych. Ona później przekształciła się naturalnie w taką idee i zapoczątkowała mój fanpage, gdzie dzielę się swoją historią, drogą i wyzwaniami, które podejmuje. Jednocześnie okazała się dużą motywacją i inspiracją dla wielu osób, nie tylko niepełnosprawnych. Później powstał pomysł na założenie klubu i postawienie na sport!

KS: A jak Ty się czujesz z faktem, że Twoja historia dla kogoś może być inspiracją czy motywacją do działania? Niektóre osoby nie chcą być w ten sposób postrzegane i przedstawiane, szczególnie w kontekście inspiracji dla osób pełnosprawnych.

MŻ: Do mnie trafiało wiele informacji przez fanpage i osobiście, niezależnie czy to od osób pełnosprawnych czy z niepełnosprawnościami, że moja postawa jest dla nich motywująca do działania i inspirująca i tutaj warto podkreślić, że  nie ma jakiegokolwiek znaczenia, czy to są OzN czy nie. Wszyscy jesteśmy ludźmi i przeżywamy różne emocje, sytuacje w życiu, czasami dołujemy się bardzo błahymi i przyziemnymi kwestiami. Wydaje mi się, że moja historia daje inną perspektywę patrzenia na rzeczywistość: na problemy, na wyzwania, pokazuje, że z rzeczami, które są dużo ważniejsze, bardziej ingerujące w Twoją rzeczywistość, też można sobie poradzić. Myślę, że z mojej historii każdy bierze dla siebie to, co chce i odnajduje swoją część.

KS: Wróćmy do kolarstwa, dlaczego akurat ta dyscyplina?

MŻ: Od lat byłem związany ze sportem i myślę, że to miało duże znaczenie dla tego, jaki miałem charakter i jakie miałem podejście do sytuacji po wypadku. Naturalnie dosyć szybko zacząłem się tym sportem interesować, będąc świeżo po wypadku. Bardzo szybko próbowałem nowych rzeczy, czy to na obozach, czy to będąc zaproszonym przez nowych znajomych, chociażby pogranie w rugby na wózkach. Będąc jeszcze przykutym do szpitalnego łóżka, miała wtedy miejsce Olimpiada a po niej Paraolimpiada i tam pierwszy raz oglądałem, co na tym wydarzeniu się dzieje. Kiedy Rafał Wilk zdobywał trzeci złoty medal olimpijski w parakolarstwie, to spodobała mi się perspektywa roweru, dawał dużą niezależność i mobilność i postanowiłem, że też chciałbym tego spróbować. Złapałem bakcyla, podobał mi się wiatr we włosach, godziny spędzone na świeżym powietrzu, przemierzanie kilometrów, poznawanie nowych miejsc, no i oczywiście walka ze swoimi słabościami. W szachy też chętnie pogram, ale kolarstwo to sport, który nie wybacza i dużo od Ciebie wymaga, a ja takie lubię, więc handbike został nową pasją. W lutym (niecały rok po wypadku) zamówiłem handbike i zacząłem pracę nad swoją firmą. Jak wyszedłem w grudniu 2016 ze szpitala, to we wrześniu 2017 wziąłem udział w Mistrzostwach Polski, na których zadebiutowałem i zdobyłem dwa srebrne medale. Teraz startuję także w zawodach międzynarodowych, takich jak Mistrzostwa Europy czy Puchar Europy.

KS: Jak wyglądają Twoje przygotowania do zawodów?

MŻ: Pora roku nie ma znaczenia, są różne formy treningów i w zasadzie trenuje się cały rok. Jeżdżę 5-6 razy w tygodniu, jeżeli chodzi o takie typowe dystanse na jednym treningu, to zazwyczaj w granicach 40-60 kilometrów. Dopóki jest sucha szosa, nie ma śniegu, błota, to trenuję na dworze, kiedy warunki są niesprzyjające, to trenuje na trenażerze, tzw. indoor cycling. Trenażer do handbike’a jest dokładnie taki sam, jak dla roweru z pozycją klasyczną. Tygodniowo pokonuję 200-300 kilometrów, przy dobrym zdrowiu czasami jest to powyżej 300 kilometrów, kiedy są treningi tlenowe, które mają budować bazę i wytrzymałość. Ostatni czas był dla mnie trudny jeżeli chodzi o zdrowie i formę. Pojawiły się kłody pod nogami, zacząłem od infekcji, później COVID-19, więc bardziej walczyłem ze zdrowiem, niż formą. Chociaż pojawiały się sukcesy, medale, to ja nie jestem zadowolony, bo wiem że stać mnie na więcej. Musiałem zmienić swoje priorytety i zająć się swoim zdrowiem, ale mam nadzieję że teraz będę mógł zadbać o formę i lepsze wyniki, które będą mnie predysponowały do walki o kwalifikację paraolimpijską.

KS: Masz swój rekord prędkości na handbike’u?

MŻ: Jeżeli chodzi o osiągane czasy, to zależy od stopnia niepełnosprawności, ja mam porażenie czterokończynowe, ale mam sprawny triceps, to jest kategoria dla tych bardziej uszkodzonych sportowców. Nasze prędkości są relatywnie mniejsze, jadąc po płaskim średnia prędkość na treningu to ok 23-26 km/h natomiast na wyścigach no to skacze ona w okolice 30 km/h, będąc w dobrej formie. Kolarze, którzy mają do dyspozycji cały tułów, wyciągają średnią ok. 40 km/h, więc te różnice pomiędzy kategoriami niepełnosprawności są bardzo duże. Maksymalna prędkość jaką rozwinąłem na handbike’u to 80 km/h, będąc na obozie w górach, oczywiście zjeżdżając z górki.

KS: A co w zasadzie daje Ci kolarstwo?

Jazda na rowerze daje mi realizować moją pasję do sportu, z drugiej strony dbam o swoje zdrowie, formę fizyczną, siłę, więc też lepsze samopoczucie i funkcjonowanie na co dzień. Jest też aspekt społeczny, bo poznaję mnóstwo fantastycznych ludzi. Dzięki kolarstwu mogę podróżować, są też wyścigi międzynarodowe. Byłem w Belgii, Holandii, we Włoszech, na Słowacji czy w Austrii. Ja też uwielbiam rywalizację. Dla mnie kolarstwo jest wielowymiarowe.

Wózek to są tylko nowe ramy, nowa rzeczywistość, w której należy się nauczyć poruszać i funkcjonować. Będąc na wózku dalej możesz spełniać swoje pasje i marzenia, być szczęśliwym człowiekiem, tylko musisz odnaleźć swoją drogę. Na nowo zdefiniować rzeczywistość, walczyć o swoje i nie poddawać się przeciwnościom losu, i z takim pozytywnym nastawieniem iść do przodu. Wózek to nowe nogi, a jak się ma te „nogi” to można wiele!

Konrad Słowik: Opowiedz mi, jak doszło do Twojego wypadku?

Michał Żyliński: Mieszkałem od 5 lat w Dubaju, gdzie pracowałem i byłem zawsze osobą aktywną sportowo, moją pasją była siatkówka plażowa, ale hobbistycznie jeździliśmy też ze znajomymi na snowboardzie. W 2016 roku wybraliśmy się do szwajcarskiej mekki snowboardowej – Laax. Był Dzień Kobiet, byliśmy umówieni z naszymi partnerkami na kolację i już mieliśmy niedługo schodzić ze stoku. Mój znajomy stwierdził, że idzie na herbatę a ja uznałem, że zrobię jeszcze jeden dodatkowy zjazd. Przejechałem cały snowpark, oglądając tylko przeszkody, na samym końcu znajdowało się tzw. wall ride , które rok wcześniej wielokrotnie pokonywałem pod okiem instruktora we Francji. Zatrzymałem się przed nią, stwierdziłem że spokojnie sobie na nią najadę. Tego dnia warunki były kiepskie, padał śnieg i było mgliście, a zlodowaciały stok spowodował, że nabrałem zbyt dużej prędkości. Zamiast przejechać przez przeszkodę, niestety wybiło mnie w górę, straciłem kontrolę nad deską, obróciło mnie tyłem do stoku. Mimo to, że miałem żółwia ochronnego, uderzyłem tam, gdzie on akurat się kończył, w wyniku czego zmiażdżyłem rdzeń kręgowy i straciłem czucie od połowy klatki piersiowej w dół.

KS: Jak długo trwała rekonwalescencja?

MŻ: Miałem operację i pobyt na intensywnej terapii w Szwajcarii, to trwało 2,5 tygodnia. Na dalszą rehabilitacje zostałem przetransportowany czarterem do Polski. W kraju miałem dalszą, właściwą część rehabilitacji. W szpitalu w sumie byłem 9 miesięcy, bo wypadek był w Dzień Kobiet 8 marca, a ja wyszedłem ze szpitala tuż przed świętami, w połowie grudnia.

KS: A jak wyglądał proces rehabilitacji?

MŻ: Była to dosyć długa i żmudna rehabilitacja ze wzlotami i upadkami.Oczywiście była to trudna sytuacja, nie było mi do śmiechu i nie czułem się pozytywnie, natomiast starałem się jak najszybciej zabrać do roboty. Miałem jasną wizję że to nie jest koniec świata, okej, będę teraz na wózku, ale na wózku też można się poruszać i funkcjonować. Chciałem jak najszybciej wrócić do aktywności i pełnej samodzielności. Nie przyjmowałem do wiadomości, że mogę być od kogoś uzależniony, że miałbym mieć perspektywę niespełniana swoich marzeń i nierealizowania samego siebie. Moim celem było jak najszybsze dojście do niezależności. W czasie rehabilitacji byłem zawsze otwarty, szukałem i próbowałem różnych rzeczy, które nie były w programie, np. zejście z wózka na podłogę i z powrotem. Kiedy dowiedziałem się o Fundacji FAR (Fundacja Aktywnej Rehabilitacji), chciałem pojechać jak najszybciej na ich obóz, żeby nauczyć się nowych umiejętności, poznać ludzi na wózkach i dowiedzieć się więcej. Pomimo, że nie wszystko od początku mi wychodziło i brakowało mi cierpliwości, to byłem nastawiony na pracę.
KS: Nie wszystko Ci wychodziło? To co mówisz brzmi raczej jak rehabilitacja pełna wzlotów, bez upadków!

MŻ: Czułem bezsilność, codziennie chodziłem na rehabilitację a wieczorem pojawiała się gorączka, pół nieprzespanej nocy. Rano budziłem się wymięty jak dętka, ale zaczynałem od nowa! Lekarze nie wiedzieli skąd się to bierze, zaciskałem zęby, szukałem drogi do szczęścia, bo innego wyjścia nie widziałem, po prostu działałem!

KS: Powiedz mi coś więcej o Twoim klubie sportowym. Początek hasła „Zero załamki” jest związany właśnie z Twoim wypadkiem.

MŻ: Sama idea “Zero załamki” powstała po wypadku, nazwę wymyślili moi znajomi, którzy wiedzieli, że nie mam zamiaru się poddawać. Na początku pod tym hasłem powstała inicjatywa o charakterze charytatywnym, która miała na celu pomóc mi po prostu w poradzeniu sobie z sytuacją, która zmieniła życie o 180 stopni, pojawiło się mnóstwo wyzwań, również tych finansowych. Ona później przekształciła się naturalnie w taką idee i zapoczątkowała mój fanpage, gdzie dzielę się swoją historią, drogą i wyzwaniami, które podejmuje. Jednocześnie okazała się dużą motywacją i inspiracją dla wielu osób, nie tylko niepełnosprawnych. Później powstał pomysł na założenie klubu i postawienie na sport!

KS: A jak Ty się czujesz z faktem, że Twoja historia dla kogoś może być inspiracją czy motywacją do działania? Niektóre osoby nie chcą być w ten sposób postrzegane i przedstawiane, szczególnie w kontekście inspiracji dla osób pełnosprawnych.

MŻ: Do mnie trafiało wiele informacji przez fanpage i osobiście, niezależnie czy to od osób pełnosprawnych czy z niepełnosprawnościami, że moja postawa jest dla nich motywująca do działania i inspirująca i tutaj warto podkreślić, że  nie ma jakiegokolwiek znaczenia, czy to są OzN czy nie. Wszyscy jesteśmy ludźmi i przeżywamy różne emocje, sytuacje w życiu, czasami dołujemy się bardzo błahymi i przyziemnymi kwestiami. Wydaje mi się, że moja historia daje inną perspektywę patrzenia na rzeczywistość: na problemy, na wyzwania, pokazuje, że z rzeczami, które są dużo ważniejsze, bardziej ingerujące w Twoją rzeczywistość, też można sobie poradzić. Myślę, że z mojej historii każdy bierze dla siebie to, co chce i odnajduje swoją część.

KS: Wróćmy do kolarstwa, dlaczego akurat ta dyscyplina?

MŻ: Od lat byłem związany ze sportem i myślę, że to miało duże znaczenie dla tego, jaki miałem charakter i jakie miałem podejście do sytuacji po wypadku. Naturalnie dosyć szybko zacząłem się tym sportem interesować, będąc świeżo po wypadku. Bardzo szybko próbowałem nowych rzeczy, czy to na obozach, czy to będąc zaproszonym przez nowych znajomych, chociażby pogranie w rugby na wózkach. Będąc jeszcze przykutym do szpitalnego łóżka, miała wtedy miejsce Olimpiada a po niej Paraolimpiada i tam pierwszy raz oglądałem, co na tym wydarzeniu się dzieje. Kiedy Rafał Wilk zdobywał trzeci złoty medal olimpijski w parakolarstwie, to spodobała mi się perspektywa roweru, dawał dużą niezależność i mobilność i postanowiłem, że też chciałbym tego spróbować. Złapałem bakcyla, podobał mi się wiatr we włosach, godziny spędzone na świeżym powietrzu, przemierzanie kilometrów, poznawanie nowych miejsc, no i oczywiście walka ze swoimi słabościami. W szachy też chętnie pogram, ale kolarstwo to sport, który nie wybacza i dużo od Ciebie wymaga, a ja takie lubię, więc handbike został nową pasją. W lutym (niecały rok po wypadku) zamówiłem handbike i zacząłem pracę nad swoją firmą. Jak wyszedłem w grudniu 2016 ze szpitala, to we wrześniu 2017 wziąłem udział w Mistrzostwach Polski, na których zadebiutowałem i zdobyłem dwa srebrne medale. Teraz startuję także w zawodach międzynarodowych, takich jak Mistrzostwa Europy czy Puchar Europy.

KS: Jak wyglądają Twoje przygotowania do zawodów?

MŻ: Pora roku nie ma znaczenia, są różne formy treningów i w zasadzie trenuje się cały rok. Jeżdżę 5-6 razy w tygodniu, jeżeli chodzi o takie typowe dystanse na jednym treningu, to zazwyczaj w granicach 40-60 kilometrów. Dopóki jest sucha szosa, nie ma śniegu, błota, to trenuję na dworze, kiedy warunki są niesprzyjające, to trenuje na trenażerze, tzw. indoor cycling. Trenażer do handbike’a jest dokładnie taki sam, jak dla roweru z pozycją klasyczną. Tygodniowo pokonuję 200-300 kilometrów, przy dobrym zdrowiu czasami jest to powyżej 300 kilometrów, kiedy są treningi tlenowe, które mają budować bazę i wytrzymałość. Ostatni czas był dla mnie trudny jeżeli chodzi o zdrowie i formę. Pojawiły się kłody pod nogami, zacząłem od infekcji, później COVID-19, więc bardziej walczyłem ze zdrowiem, niż formą. Chociaż pojawiały się sukcesy, medale, to ja nie jestem zadowolony, bo wiem że stać mnie na więcej. Musiałem zmienić swoje priorytety i zająć się swoim zdrowiem, ale mam nadzieję że teraz będę mógł zadbać o formę i lepsze wyniki, które będą mnie predysponowały do walki o kwalifikację paraolimpijską.

KS: Masz swój rekord prędkości na handbike’u?

MŻ: Jeżeli chodzi o osiągane czasy, to zależy od stopnia niepełnosprawności, ja mam porażenie czterokończynowe, ale mam sprawny triceps, to jest kategoria dla tych bardziej uszkodzonych sportowców. Nasze prędkości są relatywnie mniejsze, jadąc po płaskim średnia prędkość na treningu to ok 23-26 km/h natomiast na wyścigach no to skacze ona w okolice 30 km/h, będąc w dobrej formie. Kolarze, którzy mają do dyspozycji cały tułów, wyciągają średnią ok. 40 km/h, więc te różnice pomiędzy kategoriami niepełnosprawności są bardzo duże. Maksymalna prędkość jaką rozwinąłem na handbike’u to 80 km/h, będąc na obozie w górach, oczywiście zjeżdżając z górki.

KS: A co w zasadzie daje Ci kolarstwo?

Jazda na rowerze daje mi realizować moją pasję do sportu, z drugiej strony dbam o swoje zdrowie, formę fizyczną, siłę, więc też lepsze samopoczucie i funkcjonowanie na co dzień. Jest też aspekt społeczny, bo poznaję mnóstwo fantastycznych ludzi. Dzięki kolarstwu mogę podróżować, są też wyścigi międzynarodowe. Byłem w Belgii, Holandii, we Włoszech, na Słowacji czy w Austrii. Ja też uwielbiam rywalizację. Dla mnie kolarstwo jest wielowymiarowe.

Wózek to są tylko nowe ramy, nowa rzeczywistość, w której należy się nauczyć poruszać i funkcjonować. Będąc na wózku dalej możesz spełniać swoje pasje i marzenia, być szczęśliwym człowiekiem, tylko musisz odnaleźć swoją drogę. Na nowo zdefiniować rzeczywistość, walczyć o swoje i nie poddawać się przeciwnościom losu, i z takim pozytywnym nastawieniem iść do przodu. Wózek to nowe nogi, a jak się ma te „nogi” to można wiele!

Trzej mężczyźni na wózkach, w strojach kolarskich trzymają się za ręce i unoszą je do góry. Trzymają statuetki za pierwsze, drugie i trzecie miejsce.
Źródło: Zero Załamki – Michał Żyliński Para-Cycling
Mężczyzna znajduje się na rowerze typu handbike, ma uniesione ręce, w tle widać duży zbiornik wodny i góry.
Źródło: Zero Załamki – Michał Żylinski Para-Cycling
Mężczyzna jedzie na handbike po asfaltowej drodze.
Źródło: Zero Załamki – Michał Żylinski Para-Cycling